17 lutego 2013

Zadie Smith: Indie

Bardzo Cię p r o s z ę, Jones, wyświadcz mi tę jedną wielką przysługę: jeśli usłyszysz jak ktokolwiek tam w Anglii- oczywiście, jeśli obaj wrócimy do siebie- no więc jeśli usłyszysz, jak ktoś mówi o Wschodzie…- tu głos Sama obniżył się raptownie o jeden rejestr, posmutniał jakoś i nabrał głębi- … nie wierz wszystkiemu bezkrytycznie. Jeśli będą Ci mówić „oni są tacy i owacy” albo „oni robią tak i tak” czy „oni uważają że to i to” powstrzymaj się z wnioskami, dopóki nie poznasz faktów. Bo kraj zwany Indiami ma tysiąc imion, zamieszkują go setki milionów ludzi i jeśli sądzisz, że znajdziesz dwóch takich samych w tej nieprzebranej rzeszy, mylisz się. To będzie tylko złudzenie, jak omam wywołany światłem księżyca.

Zadie Smith, Białe Zęby, przeł. Zbigniew Batko, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011

5 lutego 2013

Edward T. Hall: rytm jest wszędzie

Kinezyka i przyjmowanie pozy łatwo poddają się obserwacji. Ruch synchroniczny pojawia się na innym, głębszym poziomie i chociaż jego rytmy różnią się między dobą, występuje we wszystkich grupach społecznych. Uderzający przykład grupowego synchronu uchwycił jeden z moich studentów realizując pewne zadanie seminaryjne. Ukrywszy się za porzuconym samochodem sfilmował dzieci tańczące i skaczące przez skakankę na szkolnym podwórku w czasie przerwy na lunch. Początkowo wydawało się, że każde dziecko zajęte jest czymś innym. Po chwili dostrzegliśmy, że jedna dziewczynka jest bardziej ruchliwa niż pozostałe dzieci. Dokładniejsza analiza ujawniła, że poruszała się ona prawie po całym dziedzińcu szkolnym. Młody człowiek, autor tego filmu, przeglądał go ciągle od nowa, przestawiając projektor na różną szybkość. Stopniowo spostrzegł, że cała grupa poruszała się w synchronii wobec jakiegoś określonego rytmu. Najbardziej aktywne dziecko- najruchliwsza dziewczynka –była dyrygentem, a właściwie aranżerem, który zinstrumentalizował rytm całego podwórka szkolnego! Nie tylko uświadomiliśmy sobie występowanie rytmu i taktu, lecz takt ów wydawał się nam znajomy. Przy pomocy przyjaciela, interesującego się muzyką rockową, znaleźliśmy melodię, która odpowiadała „naszemu” rytmowi. Następnie zsynchronizowaliśmy muzykę z zabawą dzieci i raz utrafiwszy w rytm przekonaliśmy się, że muzyka pozostała w synchronie z zabawą dzieci przez 4,5 minuty, czyli przez cały czas trwania filmu!

Edward T. Hall, Poza kulturą, Warszawa 1984

4 lutego 2013

Sigurd Hoel: Świat

W środku świata mieści się dom. Anders zna niektóre izby i te należą do niego. Kuchnia i pokój, gdzie ma własne miejsce na samym środku, i sień za progiem, i próg kuchenny. Inne pomieszczenia są odległe, nieznane i nieżyczliwe; nie lubi w nich przebywać, szczególnie sam. Na piętrze jest jedna izba, w której nigdy nie był sam, oraz drzwi do drugiej, w której w ogóle nigdy nie był. W niej mieszka skrzat i Rolf Sinobrody, i olbrzymie czarne psy. Andersowi nie wolno tam wchodzić, bo mógłby przepaść. Na widok tych drzwi bierze go chętka wejść, boi się jednak, więc krzyczy.

Reszta świata leży poza domem. Należy do niej podwórze, ogród, zabudowania gospodarcze, izba czeladna, droga, pastwisko, las, jezioro i cały świat. Świat jest wielki i niebezpieczny. Tuż obok domu nie bardzo, ale dalej- ogromnie. Za stodołą jest trochę niebezpiecznie, bo nie widać domu. W dole na pastwisku bardzo niebezpiecznie, gdyż tam chodzi młody byczek.

Sigurd Hoel, Droga na kraniec świata, Poznań 1976

4 lutego 2013

Salman Rushdie: about war in Kashmir. O wojnie.

What was that cry? Was it a man, a woman, an angel or a god who keened thus, who howled just so? Could any human voice make such a desolate noise?

There was the earth and there were the planets. The earth was not a planet. The planets were the grabbers. They were called this because they could seize hold of the earth and bend its destany to their will. The earth was never of their kind. The earth was the subject. The earth was the grabee.

Pachigam was the earth, the grabee, helpless, and powerful uncaring planets stooped low, extended their celestial and merciless tentacles and grabbed.

Who lit that fire? Who burnet that orchard? Who shot those brothers who laughed their whole lives long? Who killed the sapranch? Who broke his hands? Who broke his arms? Who broke his ancient neck? Who shackled those men? Who made those men dissappear? Who smashed that house? Who killed the youth? Who clubbed the grandmother? Who knifed that aunt? Who broke that old man’s nose? Who broke that young girl’s heart? Who killed that lover? Who shot his fiancee? Who burnet the costumes? Who broke the swords? Who burnet the library? Who burnet the saffron field? Who slaughtered the animals? Who burnet the beehives? Who poisoned the paddies? Who killed the children? Who whipped the parents? Who raped the lazy-eyed woman? Who raped that grey-haired lazy-eyed woman as she screamed about Snake vengeance? Who raped that woman again? Who raped that woman again? Who raped that woman again? Who raped that dead woman? Who raped that dead woman again?

The village of Pachigam still exists on the official maps of Kashmir, due south of Srinagar and West of Shirmal near the Anantnag Road. In such public records as are still available for inspection its population is Niven as Tyree hundred and fifty, and in a few guides for the benefit of visitors there are passing references to the bhand pather, a dying folk art., and to the dwindling number of dedicated troupes that seek to preserve it. This official existence, this paper self is its only memorial, for where Pachigam once stood by the blithe Muskadoon, where its Little street ran along from the pandit’s house to the sarpanch’s, where Abdullah roared and Boonyi Dance and Shivshkankar sang and Shalimar the clown walked the tightrope as if treading upon air, nothing resembling a human habitation Romains. What happener that day in Pachigam need not be set down here in full detail, because brutality is brutality and excess is excess and that’s All there is to it. There are things that must be looked at indirectly because they Gould blind you if you looked them in the face, like the fire of the Sun. So, to repeat: there was no Pachigam any more. Pachigam was destroyed. Imagine it for yourself.

Second attempt: The village of Pachigam still existed on maps of Kashmir, but that day it ceased to exist anywhere else, exept in memory.

Third and final attempt: The beautiful village og Pachigam still exists.

Salman Rushdie, Shalimar the clown, Jonathan Cape 2005, p. 308

4 lutego 2013

Salman Rushdie: Dezorientacja to postradanie wschodu

Dezorientacja to postradanie Wschodu. Spytajcie byle nawigatora: w żegludze potrzebny jest zmysł Wschodu. Postradać go to postradać namiary, poczucie pewności rozeznanie w tym, co jest, a co może być, nawet postradać życie. A gdzie świeciła ta gwiazda, za którą wędrowaliście do tego żłobu? No właśnie. Wschód o r i e n t u j e. Oto wersja oficjalna. Tak powiada język, a z językiem nigdy nie należy się spierać.

Pobawmy się w domysły. Jeśli cały ten układ- orientacja, wyczucie własnego miejsca i tak dalej- to jeden wielki kant? Co wtedy? Jeśli to wszystko- dom, pokrewieństwo, cały ten pasztet- to tylko największe, zaiste globalne, prastara pranie mózgów? Przypuśćmy, że tylko wtedy zaczynamy prawdziwe życie, kiedy zdołamy się na tamto wypiąć. Kiedy krążymy luzem, uwolnieni od macierzystego statku, kiedy odetniemy liny, wyślizgniemy się z łańcucha, wykroczymy poza mapę, urwiemy się bez przepustki, damy dyla, nawiejemy, wszystko jedno; przyjmijmy, że wtedy i tylko wtedy jesteśmy na tyle wolni, by działać! By wieść życie, w którym nikt nam nie mówi, jak żyć, gdzie i kiedy.  W którym nikt nam nie wyda rozkazu, by ginąć za niego czy Boga, i nikt nie dobierze się nam do skóry, bo naruszyliśmy którąś z reguł bądź okazaliśmy się- z powodów, które niestety muszą pozostać dla nas tajemnicą- ludźmi po prostu niedozwolonymi. Przypuśćmy, że wytrzymamy poczucie kompletnego zagubienia, tkwienia w chaosie lub czymś jeszcze bardziej nieokreślonym; przypuśćmy, że wytrzymamy poczucie kompletnego zagubienia, tkwienia w chaosie lub w czymś jeszcze bardziej nieokreślonym; przypuśćmy, że się zgodzimy na samotność, na dzikie przerażenie w skutek zerwania kotwic, na panikę i zawrót głowy na widok horyzontu wirującego w najlepsze jak krawędź rzuconej monety.

Nie pójdziecie na to. Na pewno nie większość z was. Naczelna światowa pralnia pierze mózgi aż miło: nie skacz z tego zbocza nie łaź przez te drzwi nie zbliżaj się do wodospadu nie wierz w tę szansę nie przekraczaj tej linii ostrzegam nie doprowadzaj mnie do szału a tym co robisz właśnie mnie doprowadzasz. Nie masz szans nie masz nic do gadania jesteś skończony jesteś już prehistorią mniej niż zero dla mnie już nie istniejesz umarłeś dla swej rodziny swego narodu swej rasy wszystkiego co powinieneś kochać nad życie słuchać jak głosu swego pana ślepo iść za kłaniać się głęboko i czcić i być posłusznym; już nie żyjesz, nie ma cię, posłuchaj mnie i wybij sobie z głowy, głupi bękarcie, nawet już nie wiem, jak się nazywasz.

Lecz wyobraźcie sobie, że jednak stać was na to. Przekroczyliście krawędź ziemi bądź przepłynęliście ten straszliwy wodospad i oto jesteście na miejscu: w czarodziejskiej dolinie na kresach wszechświata, w błogosławionym królestwie powietrza. Wszędzie wspaniała muzyka. Oddychacie nią; wdech, wydech; to ona jest teraz waszym żywiołem. I nierównie wam lepiej z muzyką w płucach niż z jakąkolwiek „przynależnością”.

Salman Rushdie, Ziemia pod jej stopami, przeł. Wojsław Brydak, Dom Wydawniczy REBIS Poznań 2001, Str. 194

Powrt